Słyszę ciągnące żurawie

Chyba ostatni tak ciepły, letni wieczór. Wyjątkowo ciepły, chmury które nadeszły wraz z frontem skutecznie chronią najniższą część atmosfery przed szybkim wychłodzeniem. Przez otwarte na oścież okno wlewa się więc przyjemne, nie za zimne i nie za ciepłe powietrze i dźwięki. Senne odgłosy niezbyt ruchliwego miasteczka, Stalowej Woli, zakłóca tylko jednostajny dźwięk silnika audi stojącego pod blokiem. Czterej idioci umówili się tam na pogawędkę i widocznie włączony przez dwie godziny silnik dodaje im weny do rozmowy. Są odcięci od świata, co gorsza odcinają od niego nie tylko siebie. Jednak i ten dźwięk w końcu zanika. Robi się całkiem przyjemnie, a w pewnej chwili, z daleka dochodzi mnie znajomy głos. Od razu odkładam książkę i staję w otwartym oknie. Nie mam żadnych wątpliwości – leci stado żurawi i to nie małe stado, kilkaset na oko. Ucho. Chwilę później lecą już bardzo blisko – może gdyby nie chmury udałoby się zobaczyć je w miejskiej łunie?

Wychylam się przez okno i tu spotyka mnie miłe zaskoczenie. Na balkony w bloku wychodzą ludzie. Dziadkowie, rodzice. Z czwartego piętra słyszę głos sąsiadki, tłumaczy dzieciom co to za dziwne dźwięki i dlaczego je słychać. Tłumaczy bardzo dobrze, wszak obroniła pracę magisterską z badań lubelskich wodniczek.

Innego dnia idę przez moją ulubioną wieś – Wydrzę. Dzień nie jest szczególnie przyjemny. Zimno, kropi. Mimo to na ulicach spotykam nadspodziewanie dużo ludzi. Trójka dzieciaków staje w osłupieniu widząc coś za moimi plecami. Oglądam się, ale nie musiałbym tego robić, żeby wiedzieć co je zachwyciło.
„O ja, wow, ale stado ptaków!” Tym razem chodzi o szpaki. Zaiste, kilkutysięczne „ławice” krążą nad łąkami Jeziórka, zapuściły się więc i tutaj. Daję szybki wykład przyrodniczy, takich słuchaczy chciałby mieć chyba każdy nauczyciel. Idę dalej, właśnie na Jeziórko.

Przy akompaniamencie tysięcy szpaków i dwóch przelatujących świergotków rdzawogardłych spotykam się z pasącymi krowy paniami z Klonowego. Spotykam się nie pierwszy raz. Znamy się już trochę, dlatego tym razem wręczam im po kilka zdjęć – z nimi, z ich krowami i po jednym z jakimś ptakiem.
Są przeszczęśliwe. „O, to kolorowe! Co pan chce za to?” Mógłbym nie chcieć nic, poprosiłem jednak o możliwość sfotografowania ich jeszcze z tymi zdjęciami. Tym razem nie mówiły, jak wcześniej „Mi pan nie robi zdjęcia, bo klisza panu pęknie!”. Bardzo mi miło. Dowiedziałem się jak zwykle o tym, gdzie tym razem siedzą gęsi i że od paru dni obserwują białych złodziei. Nie mam pojęcia skąd wziął się pomysł na taką nazwę czapli białej, ale faktycznie, pokaźne stadko buszuje po łące w poszukiwaniu gryzoni.
Jak zwykle cieszę się, że zauważa to ktoś poza mną i paroma znajomymi przyrodnikami.